2018-07-05 18:05
Lot za wszystko

Dziś  obudziłem się około 8 rano, mimo, że meldowanie na dzisiejszy rejs do Toronto miało miejsce popołudniu.

 

Świeciło słońce, było bardzo gorąco. Nie wyspałem się zbytnio i perspektywa dzisiejszego dojazdu na lotnisko wydawała się czymś totalnie abstrakcyjnym.          175 km. Tak, tyle musiałem przejechać, aby dostać się na lotnisko.

Koszula, krawat, mundur. Walizka. Dwie walizki. Wszystko gotowe. Jadę.

 

Przed tak długim rejsem staram się nie prowadzić samochodu - wybieram wtedy autokar. Można się zdrzemnąć, nadrobić zaległości w pisaniu, zaplanować pobyt, czy po prostu zwyczajnie się zrelaksować przed rejsem. Również  bardzo ważne jest, by starać się nie prowadzić samochodu po długim rejsie na tak długim odcinku. Raz tak zrobiłem - pozostało mi zaledwie 20 km. do miejsca docelowego, musiałem się zatrzymać, obchodzić samochód wokoło i zadawać sobie plaskacze 'na pobudkę'.

Jestem na miejscu. Briefing przed odlotem. Jedziemy do samolotu. Na miejscu okazuje się, że będziemy mieli kilkoro pasażerów na wózkach inwalidzkich, tzw. Wheelchair Pax.  

Boarding.

 

Dostrzegam jedną z Pasażerek. Podchodzę bliżej, podnoszę podłokietnik, aby łatwiej było jej zająć miejsce. Rozkładam pasy, zabieram poduszkę i koc. Pytam czy wszystko w porządku. Skromnym i cichym głosem Pani stwierdza, że tak. Po zakończonym boardingu zwracam uwagę na to, że Pani Henia ( później się przedstawiła ) siedzi dokładnie w tej samej pozycji i z tym samym wyrazem twarzy. Pytam więc ponownie, czy wszystko w porządku i czy mógłbym w czymś pomóc. Pani Henia odpowiada, że wszystko dobrze, że nic nie trzeba. Ja już wiem, że coś się stało, lub coś się dzieje, dlatego mam Panią Henię cały czas na oku. Przynoszę jej małą butelkę wody mineralnej, aby nie czekała na serwis.

Startujemy.

Rozpoczynamy serwis. Dochodzę do Pani Heni i proponuje posiłek. Kładę tacę na stoliku.

 

Po zakończonym serwisie wracam do Pani Heni. Widzę, że nie tknęła niczego ze swojej tacy, a tylko rozpakowała sztućce.  Pytam, czy wszystko w porządku i że mi może powiedzieć.  Poprosiła, abym się nachylił. Drżącym głosem i ze łzą w oku powiedziała, że nie ma siły pokroić sobie dania i utrzymać w ręku noża i widelca. Zaproponowałem, że podzielę posiłek na porcje i ją nakarmię. Tak też zrobiłem.  Pani Hania zjadła wszystko. Powiedziała nawet, że smakowało. Chwyciła mnie za dłoń, uścisła i powiedziała - Dziękuję - najszczersze jakie chyba kiedykolwiek słyszałem.

 

Światła w kabinie wygasły, czas na odpoczynek dla Pasażerów i załogi. Ja idę na swój w drugiej turze, czyli za około 2 godziny.  Sprawdzam kabinę, podchodzę do zamyślonej Pani Heni. Pani Henia prosi mnie, abym podał jej płaszcz ze schowka na bagaż. Sięgam po niego. Chwyt mnie za rękę i pyta, czy może mi o czymś powiedzieć. Przytakuję.

Pani Henia zaczyna opowiadać. Z każdym kolejnym zdaniem jej oczy szklą się bardziej i bardziej. Mówi mi, że ma brata księdza w Toronto. Tylko jego. Brat jest chory, leży w szpitalu i prawdopodobnie umiera. Nie widziała go bardzo długo. Dostała wiadomość z parafii w której pełnił posługę, że należy przylecieć i prawdopodobnie się pożegnać. Dodaje przy tym - cały czas trzymając mnie za rękę - że nie miała pieniędzy na bilet i musiała skądś je zdobyć. Żaden bank w którym pytała, ze względu na jej wiek nie chciał udzielić jej kredytu. Zebrała wszystkie swoje oszczędności a na brakującą część wzięła pożyczkę w przysłowiowym Prowidencie. Pytam jej, czy nie miał kto pomóc. Odparła, że jest sama, że ma tylko tego brata. Pożyczkę wzięła na rok. Powiedziała, że jak będzie zdrowie, to wróci i spłaci. Płakała mówiąc, że nie wie, czy zdąży pożegnać się z bratem...

Pani Henia wzięła na kolana płaszcz, który jej podałem. Jasnoniebieski, cienki ze ściągaczem i kapturem. Spytała, czy może mi coś podarować i o coś mnie poprosić. Ponownie chwyciła za dłoń i włożyła mi w nią różaniec. To od brata. Brat jej dał go kilkanaście lat temu. Powiedziałem, że nie mogę go wziąć - ma dla niej zbyt wielką wartość. Pani Henia pokiwała głową przecząco i powiedziała, że jak brat będzie żył, to podaruje jej kolejny. Poprosiła, abym się za nią na tym różańcu pomodlił. Choć dziesiątek zmówił, aby zdążyła spotkać się z bratem a potem miała siły ze wszystkim sobie poradzić. Zaniemówiłem, bo czy człowiek wierzący, czy nie - gest ten był naprawdę wielki. Był wyrazem ogromnego zaufania względem mnie. Podziękowałem i obiecałem się pomodlić.

Na swojej przerwie nie mogłem zasnąć. Myślałem o Pani Heni...

Przed lądowaniem poprosiłem Panią Henię, aby zaczekała na swoim miejscu, aż wszyscy pasażerowie opuszczą pokład.  Podszedłem do niej i odprowadziłem ją do wyjścia. Tam czekał na nią  wózek inwalidzki i asysta, która pomogła jej poruszać się po lotnisku. Przy drzwiach raz jeszcze podziękowałem Pani Heni za różaniec i schowałem do etui jej paszportu swój numer telefonu. Powiedziałem, że jeżeli będzie czegoś potrzebować, może dzwonić o każdej porze.

Pani Henia wyszła z samolotu. Sprawdziliśmy kabinę i opuściliśmy pokład. Podczas pobytu w Toronto dużo o niej myślałem.

A to różaniec, który mi podarowała:

 

Nie wiemy nigdy z czym walczą nasi pasażerowie, o czym myślą, oraz jakie mają problemy. Nie wiemy co przeżywają... To nieprawdopodobne jak wiele muszą znieść ludzie i to w podeszłym wieku, którzy - wydawałoby się - powinni już odpoczywać i wreszcie cieszyć się wolnym czasem. Pani Henia musiała zaciągnąć pożyczkę na bilet, aby spotkać się - prawdopodobnie - po raz ostatni ze swoim bratem. Tak bardzo przykre, a tak bardzo cudowne za jednym razem. Czy dziś, nasze pokolenie było by gotowe na taki krok?

Mam nadzieję, że Pani Henia zdążyła. Mam również nadzieję, że u niej dobrze.

Nigdy nie zadzwoniła...

#AniMiSieWazycPrzestacMarzyc

*Historie opisywane w dzienniku nie koniecznie pochodzą z pokładu linii w której obecnie pracuję, lecz wydarzyły się naprawdę i są moimi osobistymi doświadczeniami. Dzielę się nimi z Wami, aby pokazać z czym na co dzień spotyka się personel pokładowy, oraz aby zapamiętać wszystkie chwile, które się wydarzyły, a czynią ten zawód wyjątkowym.